Marzec jesienią w Podbeskidziu
Grzegorz Mokry został w środę zwolniony ze stanowiska trenera Podbeskidzia. Jego następcą nie zostanie jednak Pavol Stano.
Klub o spodziewanym rozstaniu poinformował w komunikacie opublikowanym po południu. Z powodu niesatysfakcjonujących wyników, z żalem podjęliśmy decyzję o konieczności poszukania nowych rozwiązań szkoleniowych. Z klubem rozstaje się także Donatas Vencevicius, asystent, którego kontrakt również został rozwiązany za porozumieniem stron brzmi komunikat. Z kibicami klubu pożegnał się Grzegorz Mokry. Drużynie i osobom pracującym w klubie miałem okazje podziękować za wspólną pracę. Chciałem podziękować również kibicom, którzy wielokrotnie w tym sezonie pokazali miłość do drużyny na dobre i na złe. Byli z nami po każdym słabszym meczu, jak również potrafili docenić dobrą grę na własnym stadionie. Głęboko wierzę, że niejednokrotnie będą świętować sukcesy „górali” powiedział szkoleniowiec, który w Bielsku-Białej pracował od połowy czerwca i zastąpił Dariusza Żurawa. Pod jego wodzą zespół rozegrał 17 spotkań (15 ligowych), wygrał trzy, siedem zremisował i tyle samo przegrał.
Wycofał się w ostatniej chwili
Faworytem do objęcia schedy po Mokrym od początku był Pavol Stano. Słowak z wysokości trybun widział kilka ostatnich spotkaniach Podbeskidzia, kuszony przez klub z Bielska-Białej był już latem. We wtorkowe popołudnie, gdy oddawaliśmy do druku poprzednim numer „Sportu” i pisaliśmy, że to najprawdopodobniej 47-latek obejmie drużynę, przygotowane były już wszystkie dokumenty, by w środę kontrakt został podpisany. Z pewnych względów tak się jednak nie stało. Odmówił nam na ostatniej prostej usłyszeliśmy w środę po południu od osoby znającej kulisy sprawy. W tej sytuacji w klubie postawiono na opcję rezerwową, która od kilku dni była w zanadrzu. Dariusz Marzec oglądał na żywo mecz z Miedzią Legnica i był gotowy do rozpoczęcia pracy w Podbeskidziu. 54-latek wiosną stracił pracę w Wieczystej Kraków, trzecioligowca poprowadził tylko w czternastu spotkaniach, ale wykręcił tam całkiem przyzwoitą średnią 2,07 pkt.
Awans i finał Pucharu Polski
Wcześniej szkoleniowiec pracował w Arce Gdynia. Drużynę objął w grudniu 2020 roku i prowadził klub z Pomorza do października 2021 roku. Drużyna pod jego wodzą dotarła m.in. do finału Pucharu Polskim, w którym przegrała z Rakowem Częstochowa. Marzec na koncie ma także awans ze Stalą Mielec w sezonie 2019/20 (awansowało wtedy także Podbeskidzie), ale nie poprowadził drużyny w ekstraklasie. Odszedł z klubu zaraz po historycznym sukcesie, gdy wstawił się za swoimi asystentami zwolnionymi z klubu. Wcześniej pracował także w KKS-ie Kalisz, z którego został zwolniony z bilansem 18-2-4. Jeśli tym razem dojdzie do porozumienia i podpisania kontraktu, to Dariusz Marzec już w piątek nieoficjalnie zadebiutuje w roli trenera Podbeskidzia. Bielski klub rozegra wyjazdowy sparing z Cracovią. Mecz odbędzie się w Rącznej. gru
Fot. Krzysztof Porębski/PressFocus
Zmiana planów! Zamiast Pavola Stano trenerem Podbeskidzia będzie Dariusz Marzec.
Listopadowa zaduma
Trzy porażki z rzędu mają stanowić dla piłkarzy GKS-u Tychy motywację do skutecznego finiszu w rundzie jesiennej.
Listopad w GKS-ie Tychy przebiega pod znakiem porażek. W zaduszki podopieczni Dariusza Banasika w pucharowym starciu ulegli 0:3 Legii Warszawa, a na pocieszenie kibicom trójkolorowych pozostał ustanowiony przez nich rekord frekwencji na Stadionie Miejskim, na którego trybunach zasiadło 13218 widzów. 3 dni później stawką meczu z Lechią Gdańsk był awans na fotel lidera I ligi, ale nie dość, że trójkolorowi przegrali 1:3, to jeszcze zostali „wykartkowani”. Na kolejne spotkanie z GKS-em Katowice tyszanie wybiegli bez pauzujących: Jakuba Budnickiego, Nemanji Nedicia i Bartosza Śpiączki. Na trenerskiej ławce zabrakło pierwszego szkoleniowca, pauzującego po czwartej żółtej kartce oraz asystenta Michala Farkasza i trenera przygotowania motorycznego Mateusza Surowca, którzy zostali ukarani czerwonymi kartkami.
Chodziło o przetrwanie
Nic więc dziwnego, że na kolejny mecz tyszanie pojechali skazywani na porażkę i choć teoretycznie mieli w Katowicach szansę na przesunięcie się do strefy bezpośredniego awansu, to w praktyce chodziło o przetrwanie. Ta sztuka się jednak nie udała i po porażce 0:1 w niedzielę zespół z Tychów plasuje się na 5. miejscu. Mieliśmy taki plan na spotkanie z GKS-em Katowice, żeby poczekać na rywala w pressingu średnim – powiedział w klubowych mediach Marcin Szpakowski. – W pierwszej połowie nam to wychodziło. Dobrze zagęszczaliśmy środek i rywal nie mógł sobie z tym poradzić, ale zabrakło nam kontrataków, bo więcej mogliśmy stworzyć okazji w ofensywie. Jednak przegraliśmy i nie jesteśmy z tego zadowoleni, bo chcieliśmy zachować czyste konto na wyjeździe oraz zapunktować.
Skoncentrowani całe spotkanie
O wyniku zadecydował stały fragment gry, a dokładniej rzecz ujmując zamieszanie po rzucie rożnym, po którym piłka w 73 minucie gry przetoczyła się za linię bramkową. Musimy się wystrzegać błędów – dodał 22-letni pomocnik GKS-u Tychy.
– Musimy być skoncentrowani całe spotkanie, jeszcze bardziej przy stałych fragmentach gry, tym bardziej że wiedzieliśmy, że katowiczanie dobrze je wykonują. A po strzeleniu gola wiadomo jak to jest, przeciwników to trochę nakręciło i grało im się łatwiej. My natomiast zmieniliśmy pod koniec meczu ustawienie na czwórkę z tyłu i myśleliśmy, że to nam da efekty. Niestety, nie udało nam się strzelić gola i wyrównać, a bardzo tego chcieliśmy.
Karta się odwróci
Nic więc dziwnego, że dwutygodniowa przerwa na potrzeby reprezentacji przyjęta została w Tychach z nadzieją na poprawę atmosfery po trzech
listopadowych porażkach. Kibice trójkolorowych są przekonani, że 27 listopada, kiedy to GKS Tychy podejmie na swoim stadionie Bruk-Bet Termalicę Nieciecza, karta się odwróci, a trzy grudniowe mecze też przyniosą punkty. Rozbudzony serią zwycięstw odniesionych na początku sezonu apetyt na wysokie miejsce na półmetku rozgrywek ciągle przecież obowiązuje. Wprawdzie cel zakładający zdobycie w rundzie jesiennej 40 punktów już nie może zostać osiągnięty, ale ciągle możliwe jest zajęcie miejsca w fotelu lidera. Jerzy Dusik
Obrońca wyręczył napastników
Po 364 minutach strzeleckiej niemocy Zagłębie Sosnowiec w końcu zdobyło bramkę w lidze.
Sosnowiczanie w bieżącym sezonie nie grzeszą skutecznością. W 15 meczach zdobyli zaledwie 13 bramek. Tę ostatnią po wielu minutach wyczekiwania zdobył w końcu Marcel Ziemann, obrońca Zagłębia, który słynie z tzw. „ciągu na bramkę”. Można powiedzieć, że trafienie defensora było niejako na osłodę łez, bo mimo tego, że ten gol dał Zagłębiu prowadzenie, to w ogólnym rozrachunku zespół Artura Derbina musiał przełknąć gorycz, czwartej z rzędu przegranej na własnym boisku. Dla Ziemanna był to zresztą pierwszy gol w barwach Zagłębia. Co ciekawe, po raz ostatni piłkarz sosnowieckiego klubu trafił także w stolicy Zagłębia Dąbrowskiego, ale było to wówczas, gdy bronił barw Chrobrego Głogów. Fakt ten miał miejsce niemal dwa lata temu. 24 listopada 2021 Zagłębie pokonało u siebie Chrobrego 3:2, a Ziemann strzelił jedną z bramek dla głogowian, którzy przegrywali już 0:3, ale ambitnie gonili wynik. Po bramce z Arką w minionej kolejce Ziemann długo manifestował swą radość, która byłaby zapewne o wiele większa, gdyby zawodnik zagwarantował Zagłębiu zdobycz punktową. – Lubię zapędzić się do ofensywy, staram się szukać bramkowych okazji, zresztą teraz tak wygląda gra bocznych obrońców, czy też wahadłowych, jak to ostatnio się mówi. W końcu udało się strzelić dla Zagłębia, ale niestety poza przerwaniem passy bez gola naszego zespołu, ta bramka nie dała nam nic więcej. Pozostaje osobista satysfakcja, ale w naszej sytuacji potrzebne są punkty – podkreśla piłkarz sosnowieckiego klubu. Siła ofensywna Zagłębia jest w tym sezonie znikoma. Dwaj napastnicy – Kamil Biliński i Marek Fabry
– w sumie w lidze zdobyli cztery bramki. Ten pierwszy trzy, Słowak dorzucił jedno trafienie w meczu z Lechią Gdańsk. Dla porównania dwa gole na koncie ma środkowy obrońca Ołeksij Bykow…
Biliński do siatki po raz ostatni trafił 24 września w przegranym 1:3 meczu z Bruk-Bet Termalicą Nieciecza. Fabry jeszcze wcześniej, bo 3 września. Wprawdzie potem jeszcze dwukrotnie pokonał bramkarza rywali w meczu o PP, ale w starciu z Gryfem Wejherowo doznał kontuzji i nie mógł kontynuować strzeleckiej serii. Pod nieobecność Słowaka zmiennikiem Bilińskiego w ataku był Tymoteusz Klupś, który znacznie lepiej czuje się w linii pomocy, ale tak krawiec kraje…
Zagłębie ma problem ze zdobywaniem goli, wykończeniem akcji ofensywnych. Gdyby w meczu z Arką sosnowiczanie mieli lepiej nastawione celowniki, wcale nie musieli przegrać. Teraz przed zespołami ligowymi przerwa, którą w Sosnowcu powinni wykorzystać głównie na polepszenie skuteczności. Jeśli ta nie ulegnie poprawie w ostatnich tegorocznych meczach, działacze Zagłębia powinni się czym prędzej rozejrzeć się za wzmocnieniami w formacji ofensywnej. Oby tylko mieli więcej szczęścia niż podczas ostatnich „łowów”… Krzysztof Polaczkiewicz
