Przed pierwszym gwizdkiem zawodnicy GieKSy musieli pomóc w usunięciu płachty reklamowej z płyty boiska. Fot. Kacper Janoszka
Walka ze śniegiem
W sobotę odwołano mecze w Łęcznej i Rzeszowie. Głód futbolowych fanów zaspokoiły jedynie zespoły GKS-u Katowice i Arki Gdynia.
Choć do Katowic przyjechał lider, z którym GKS-owi udało się zremisować, to więcej niż o samym spotkaniu dyskutuje się na temat warunków, w których zawodnicy obu zespołów musieli się mierzyć. Przed rozpoczęciem meczu na murawie zalegał śnieg, mimo tego, że od sobotniego rana pracownicy klubu oraz MOSiR-u starali się, żeby przygotować nawierzchnię do ligowego starcia. Opady śniegu były jednak na tyle obfite, że w całości nie udało się go odgarnąć. Co ciekawe, w tym samym czasie w oddalonych o niecałe 30 km Gliwicach mecz został rozpoczęty, ale po kilkunastu minutach przerwany na dobre. Nie ma w tym nic dziwnego. Spotkanie w takich warunkach mało ma wspólnego ze zdrową rywalizację. Najlepszym dowodem na to jest właśnie pojedynek GieKSy z Arką, ale nie został on odwołany. Tym samym zrobiono przyjemność kibicom, którzy pojawili się na stadionie (przy Bukowej była też skromna delegacja z Gdyni), ale trudno mówić o satysfakcji z oglądanego widowiska.
Premierowy gol z karnego
O tym, że nie będzie to typowy mecz, zawodnicy GKS-u przekonali się na sekundy przed pierwszym gwizdkiem. Opady śniegu pokryły płachtę reklamową, która znajdowała się na środku boiska. To spowodowało, że była ona zbyt ciężka, żeby chłopcy od podawania piłek mogli sami sobie z nią poradzić. Zawodnicy gospodarzy ruszyli z pomocą - co zostało uwiecznione na zdjęciu - dzięki czemu mieli dodatkową rozgrzewkę. Gdy sędzia spotkanie rozpoczął, zaczęła się bitwa. Zawodnicy przede wszystkim sami ze sobą walczyli o to, żeby nie zrobić sobie krzywdy. Każdy krok piłkarza musiał być przemyślany, żeby nie wywrócić się na trudnej do gry nawierzchni. Tym samym jedną z niewielu akcji, która warta była uwagi w I połowie, był gol Olafa Kobackiego w 19 minucie. Piłka podana ze skrzydła w pole karne prześlizgnęła się pod nogami Arkadiusza Jędrycha i trafiła do skrzydłowego Arki. Ten był kilka metrów przed bramką i spokojnie wykończył akcję. Goście byli blisko podwyższenia prowadzenia przed przerwą. Błąd Dawida Kudły, który nie zdążył dobiec do piłki poza polem karnym, nie został jednak wykorzystany przez Karola Czubaka. Drugi i ostatni gol w tym meczu padł z rzutu karnego. Wykorzystał go kapitan GieKSy, Jędrych. Przypomnijmy, że w tym sezonie GieKSa trzykrotnie podchodziła do rzutów karnych, za każdym razem nie zdobywając gola. Tym razem było inaczej, choć przy takich warunkach atmosferycznych, nie było to wcale pewne. Tym bardziej że chwilę wcześniej do wykonania „11” podszedł zawodnik z Gdyni. Hubert Adamczyk w 62 minucie miał szansę na zdobycie gola na 2:0, ale uderzył za słabo, dzięki czemu Kudła skutecznie interweniował.
Katowicki wyjątek
- Chcieliśmy zdobyć trzy punkty. Nie chcę mówić o warunkach, jakie były, bo wszyscy widzieliśmy, że nie do końca była to piłka nożna. Jak to mówią, taki mamy klimat. Trzeba było walczyć, postawić się liderowi i myślę, że w tych warunkach zrobiliśmy wszystko co w naszej mocy. Nie chcę jednak zrzucać wszystkiego na okoliczności pogodowe. My musimy się skupiać na swojej robocie. To nie my jesteśmy odpowiedzialni za podejmowanie decyzji, czy ten mecz powinien się odbyć, czy nie - powiedział kapitan GKS-u. Warto jednak zauważyć, że spośród wszystkich sobotnich pojedynków w I lidze, tylko ten w Katowicach doszedł do skutku. Późniejsze starcia Górnika Łęczna z GKS-em Tychy oraz Resovii z Wisłą Płock zostały odwołane, choć warunki z pewnością na tych arenach były podobne do tych zastanych w stolicy województwa śląskiego. Kacper Janoszka
Pierwszego gola z rzutu karnego dla GieKSy w tym sezonie zdobył Arkadiusz Jędrych. Fot. Łukasz Sobala/PressFocus
GŁOS TRENERÓW
Rafał GÓRAK: - Arcytrudne warunki, chyba nie graliśmy jeszcze w trudniejszych... Należy jednak podkreślić, że będąc w klubie o 7.00 widziałem, jak 20-25 ludzi walczyło o to, żeby ten mecz się odbył i żeby rozczarowani kibice nie musieli wychodzić ze stadionu. Była ogromna walka i ona się poniekąd udała, bo można było w jakiś sposób grać, ale były to naprawdę ekstremalne warunki.
Wojciech ŁOBODZIŃSKI: - Choć nie chciało mi się o tym gadać, będę musiał zacząć od warunków. Nie powinno się w takich okolicznościach grać w piłkę nożną. Szkoda, bo atuty nasze i przeciwników zostały wytrącone. Muszę przyznać, że jestem zdumiony, jak moi zawodnicy radzili sobie na tej murawie, jak kreowali kolejne akcje. Jestem z nich dumny, bo pomimo tych warunków rozegraliśmy bardzo dobry mecz.
